Tutaj jesteś: Strona główna > Blog > Pamięć i Przyszłość > Łukasz Medeksza: Zapomniana rewolucja
BLOG
06 października 2009, 10:53
Łukasz Medeksza: Zapomniana rewolucja
Zachód walczył z Moskwą, demokracja z komunizmem, wolny rynek z socjalizmem. W cieniu tej bitwy tytanów, na ulicach i w piwnicach Wrocławia rozkwitał kulturowy off. Świat równoległy. Inny rodzaj rewolucji.

Na ulicach Wrocławia trwał karnawał Pomarańczowej Alternatywy. W klubach takich jak „Index” i „Pałacyk” grywały zespoły punkowe, hard core"owe, nowofalowe – wśród nich ściągane z Zachodu przez Arka Marczyńskiego gwiazdy podziemia (The Ex, No Means No, Verbal Assault...). W niewielkiej galerii „Entropia” chłonęliśmy nową, odjechaną sztukę. Przy kościele św. Marcina raz dla paruset osób zagrał Kult, innym razem swoje obrazy wystawiali neoekspresjoniści z warszawskiej grupy „Gruppa”. Organizowane były seanse wideo – u studentów w akademiku można było obejrzeć filmy zakazane przez cenzurę, a w oficjalnym klubie studenckim koncerty gwiazd punk rocka i nowej fali (właśnie w ten sposób po raz pierwszy widziałem Iggy"ego Popa, Dead Kennedys, czy Siouxsie and the Banshees).

Pod ławką w szkole czytałem konspiracyjne wydanie „Roku 1984” Orwella. A przecież powinienem jeszcze wspomnieć o Kormoranach z ich liderem, Pontonem. O Mniamku i jego industrialnym projekcie S.A.D. O grupie „Luxus”. O punkach z Bramy Oławskiej. O moim pierwszym pogo na koncercie Natchnionego Traktora w „Indexie”... W państwowej telewizji obejrzałem „Live in Pompeii” Pink Floydów. Z państwowego radia można było sobie nagrywać płyty, bo były emitowane w całości. Tomasz Beksiński nadawał całe dyskografie zespołów nowofalowych – z Joy Division na czele. Marek Wiernik puszczał klasykę punk rocka. Tomasz Ryłko – ostrego, podziemnego punka. Tomasz Lipiński – polskie kapele. Nieliczne płyty z taką muzyką dało się kupić w sklepach.

Świadomie mieszam twórczość oddolną z tym, co nadawały państwowe media. Z punktu widzenia młodego offowca – głodnego nowych informacji, zdjęć, piosenek, tekstów – źródło ich pochodzenia to rzecz drugorzędna. Na koncerty chodziłem do klubów prowadzonych przez reżimowe organizacje studenckie. A moja pierwsza kapela miała próby na plebanii, u jezuitów. Można rzec: punk nie kaprysi, tylko gra, gdzie się da. Zresztą wszystkie te określenia typu „off”, „punk”, „kontrkultura” mają charakter umowny i mało precyzyjny. Ja najbardziej lubię słowo „off” - nie tylko dlatego, że jest pojemne i stosunkowo najmniej obciążone stereotypami, ale też dlatego, że chyba najlepiej oddaje ten specyficzny sposób bycia „obok”, „równolegle”. Czasem – choć nie zawsze - „przeciw”.

Dziś, gdy mamy Internet i serwisy społecznościowe, świetnie wiemy, jak to działa. Jedno kliknięcie otwiera stronę, która oferuje kolejny zestaw linków do kliknięcia. Jedna poznana osoba otwiera nową wirtualną społeczność, która może być dla nas interesująca. Wtedy w identyczny sposób funkcjonował underground. I to na całym świecie. Jedna „Antena Krzyku” zawierała recenzje kolejnych fanzinów i płyt – wraz z adresami ich wydawców. Polskich i zagranicznych. Wystarczyło napisać – i już kontakt był nawiązany. Obywatele Europy Środkowej i Wschodniej byli czasem traktowani ulgowo przez ludzi z Zachodu. Dzięki temu łatwo było dostać za darmo zagranicznego fanzina. A więc i nowy, jeszcze większy pakiet kontaktów. Ukoronowaniem tej drogi był amerykański magazyn „Factsheet Five”, który był de facto ogromnym katalogiem różnego rodzaju wydawnictw amatorskich, undergroundowych, offowych. Dostawałem go za darmo chyba przez rok. Tylko dlatego, że napisałem do jego autora.

Takich jak ja były – i są – tłumy. Ta międzynarodowa, offowa sieć wymiany kwitnie w najlepsze, dziś głównie w Internecie. Jej naczelną zasadą jest D.I.Y. - Do It Yourself („zrób to sam”). Załóż zespół, nagraj płytę, wydaj ją i roześlij po świecie. Bądź twórcą, a nie tylko konsumentem. Wiele lat później uświadomiłem sobie, że o to właśnie chodziło Alvinovi Tofflerowi, gdy opisywał postać tzw. prosumenta – mikstury konsumenta i producenta. Zaś moje wejście w globalną sieć kontaktów i jej rozbudowywanie to nic innego jak social networking, o którym mówi się obecnie w odniesieniu do Web 2.0, społecznościowego internetu.

Przełom 1989 roku jest interpretowany przeważnie z perspektywy politycznej. W tym ujęciu najważniejsze jest starcie dwóch obozów, reprezentujących dwa systemy polityczne, dwie odmienne tradycje ideowe, a zarazem dwa różne układy sojuszów międzynarodowych. Inna perspektywa ma charakter ekonomiczny. W tym ujęciu główny spór tamtych czasów dotyczył modelu gospodarki, kwestii własności, a więc twardych, materialnych podstaw życia każdego z nas.

Konsekwentny off nie skupia się na walce o władzę polityczną, ani na działaniach gospodarczych. Za to chętnie dyskutuje o ideologicznych podstawach zastanego „systemu” (wyraz uwielbiany przez polskich punków w latach 80.). A zarazem przywiązuje wielką wagę do estetyki, do działań artystycznych, czy para-artystycznych. Ma przy tym charakter globalny, a nie lokalny, jak to na ogół bywa np. z bieżącą polityką. W tym sensie analizując off należałoby zastosować inną perspektywę. Nie polityczną i ekonomiczną, ale tę, w której centrum jest kultura – rozumiana zarówno jako sfera wartości, jak i świat twórczości artystycznej. Na tym właśnie polega siła oddziaływania offu – że jest nie tylko kolejną zbieraniną popkulturowych idoli, ale daje też dostęp do „innego paradygmatu”. Tego poza polityką i ekonomią.

Dlatego na przełom 1989 roku warto spojrzeć również z perspektywy kulturowej. W samym Wrocławiu działo się pod tym względem zbyt dużo, by można ją było pominąć. Ówczesny offowy boom to zjawisko równie ważne i ciekawe jak przemiany polityczne i gospodarcze. Niestety, w starciu z nimi przegrało. Jest zapomnianą rewolucją, która wciąż czeka na swoich archeologów i kronikarzy. I może też na speców od historii alternatywnej, którzy pokusiliby się o odpowiedź na pytanie: „a co by było, gdyby dwadzieścia lat temu (kontr)kultura wygrała z polityką i biznesem?”.

Charakterystyczne są losy Pomarańczowej Alternatywy, której sukces polegał przecież właśnie na tym, że wciągnęła komunistyczny reżim do gry na całkiem nowej, nieznanej mu płaszczyźnie para-artystycznej. Ta strategia triumfowała w 1988 roku. Co z tego, skoro już rok później prysła jak bańka mydlana, gdy górę wzięły paradygmaty polityczny i biznesowy – z ich perspektywy Pomarańczowa Alternatywa była (i jest) niezrozumiała i niepotrzebna.

Upadek komunizmu powitałem z radością. Kibicowałem stronie solidarnościowej przy Okrągłym Stole i w wyborach czerwcowych, w których nie mogłem głosować, bo byłem za młody. Ale jednocześnie pogrążyłem się w równoległym świecie subkultur. Jako młodzi punkowcy całkowicie odwróciliśmy się od „dużej” polityki. I to na całe lata. „Myśleliście, że wybieraliście / Gdy kolejny raz w szopce graliście / 45 lat się z was śmiali / Kolejny raz was olali” - śpiewał mój zespół w 1990 roku w utworze pt. „Wybory”. W moim przypadku takiej postawie zapewne sprzyjał fakt, że w 1989 roku miałem 16 lat. Byłem więc zdecydowanie za młody, by sensownie zaangażować się politykę, albo w biznes. Czy gdybym był o pięć, dziesięć lat starszy, mój wybór byłby inny? Nie wiem. Ale wątpię. Off ma zbyt dużą siłę przyciągania :-)

(pełna wersja tekstu w najnowszym numerze kwartalnika "Pamięć i Przyszłość" nr 3/2009 (5) )


KOMENTARZE
1.
06 października 2009, 11:48
Może off, który wygrałby, nie byłby już żadnym offem i niczym się nie różnił od mainstreamu? Moje przypuszczenia mogą być wzmocnione chociażby tym: http://www.dailymotion.pl/video/xa1vgh_kazik-i-michnik-w-roxy-fm-4_news?from=rss (od 9:40 min nagrania).
2.
07 października 2009, 20:07
Ciekawy tekst. Parę spraw z tej bliskiej i mi epoki naświetliłbym nieco inaczej. Off nie mógł wygrać, bo nie był walką a raczej ucieczką. Końcówka lat 80 to bardzo smętny okres - było jasne, że do cna zużył się system - ale, o czym teraz pamięta się rzadziej, także i opozycja nie wyglądała ciekawie. Zwłaszcza dla ówczesnych nastolatków. Myślą, że pewna staroświeckość głównego nurtu opozycji legła u podstaw popularności Pomarańczowej. Można było mówić i śpiewać o niszczeniu systemu i "bananowej młodzieży", ale prócz dogorywającej komuny, ci pogardzani "bananowi" i "badylarze", to wedle dzisiejszego języka drobni hodowcy pomidorów i mikroimporterzy. Jednym słowem- MŚP. Umysłowo znajdowaliśmy się więc na dość dziwnej planecie, co nie znaczy, że mało ciekawej.Zderzenie z realem kapitalizmu było więc dla tamtej kultury brzemienne w skutkach. Jako ciut starszy od Łukasza zrozumiałem dość szybko, że lekko nie będzie także w tym, co szumnie zwiemy "kulturą umysłową". Gdzie? Na wielkim wiecu Wałęsy w Hali (wówczas) Ludowej 1990, gdzie znów latały ostre antysemickie teksty na które nikt nie reagował.

DODAJ KOMENTARZ
Aby móc komentować wpisy na blogach, należy się zalogować.
Jeżeli nie masz jeszcze swojego konta, rejestracja na Dolnoslazacy.pl zajmie Ci 30 sekund.
AUTOR
Blog Kwartalnika Pamięć i Przyszłość redaguje: Katarzyna Uczkiewicz - redaktor naczelna Kwartalnika Pamięć i Przyszłość, dr nauk humanistycznych, slawista, teoretyk literatury. Zajmuje się semiotyką kultury, szczególnie interakcjami między historią i popkulturą. Tłumacz literatury czeskiej. Publikowała m.in. w „Odrze” i „Rita Baum”. Kwartalnik Pamięć i Przyszłość jest wydawany przez wrocławski Ośrodek Pamięć i Przyszłość.
ARCHIWUM BLOGA
PnWtŚrCzPtSbNd
1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031
KOMENTOWANE
CZYTANE
KOMENTOWANE
CZYTANE
© 2007-2010 T. Styś & B. Śpionek. Wszelkie prawa zastrzeżone. Powered by JamnikCMS.